RECENZJA: Rag’n’Bone – Human

Rory Graham znany bardziej pod pseudonimem Rag’n’Bone, zdobywca tegorocznej nagrody BRITs Critics Choice Awards, wydał wreszcie album na który czekało wielu. Jeszcze przed dwoma miesiącami w ogóle nie kojarzyłam gościa. Na wielu stronach pojawiało się o nim sporo artykułów, więc wreszcie się o nim dowiedziałam. Patrząc na jego zdjęcie myślałam, że to jakiś kolejny raper. A tu jaka niespodzianka! Facet zajmuje się soul’em i blues’em. I o dziwo ze słuchu kojarzyłam jego hitowy singiel. Moje kolejne „spotkanie” z jego następnym kawałkiem sprawiło, że bardziej się nim zainteresowałam i byłam ciekawa co przedstawił na swoim tak głośno zapowiadanym debiucie Human. Wersja deluxe zawiera aż 19! utworów. Ja na razie postawiłam na standardową. Zobaczmy co my tu mamy.

Leci w słuchawkach jeden kawałek za drugim. A ja sobie myślę, gdzie jest początek a gdzie koniec? Problemem w tej płycie jest to, że każda piosenka brzmi prawie tak samo. Wręcz prosto, bez żadnych szaleństw. Tytułowy singiel Human, który zrobił furorę wyróżnia się ze wszystkich najbardziej. Rzuca się tu najbardziej jego mocny wokal z nutką agresji. Kolejny utwór, który promuje wydawnictwo Rory’ego został Skin, który od razu zdobył moje serce. Po prostu piękna, emocjonująca ballada.

Radosny rytm serwuje nam Innocent Man. Idealnie nadawałaby się do radia. Podobne, entuzjastyczne brzmienie znajdziemy też w Ego oraz Arrow. w pierwszym z nich usłyszymy jak muzyk rapuje. Poziom Eminema to nie jest, ale wyszło mu całkiem nieźle. Drugi utwór może się z początku wydawać mroczny, ale przy refrenie wszystko się zmienia.

Kolejna ballada As You Are z pianinem i basem w tle wyszła Rag’n’Bone’owi ładnie. I tylko tyle. Ale bardzo przyjemnie się jej słucha. W Grace usłyszymy więcej klawiszy. Zwrotki wydają się nudne. Dopiero przy refrenie się rozkręca. Niestety nie jest to ciekawa propozycja. Szybko się o niej zapomina. Pełne tajemnicy Bitter End ma w sobie lekko rock’owe brzmienie. Ciekawe może być to, że brytyjczyk umieścił jeden utwór zaśpiewany a capella. Podstawową wersję płyty kończy Die Easy. Słuchając go wydawało mi się trochę dziwne bez części melodycznej.

Za pierwszym razem album wydał mi się miałki. Nie wyróżniający się niczym. Miałam wrażenie, że wszystkie utwory to jeden cały. Brzmią one bardzo podobnie. Aczkolwiek z każdym przesłuchem u mnie zyskuje. Najsilniejszą stroną tego wszystkiego jest oczywiście głos. A ja do wokali Brytyjczyków mam niesamowitą słabość. Każdą kompozycję słucha się z przyjemnością. Taka łagodna podróż. Niestety brakuje tutaj takiego wielkiego „boom”, które sprawiłoby, że bardziej patrzyłabym przychylniej na to wydawnictwo. Jednak sądzę, że może być to najlepszy debiut tego roku.

Najlepsze: Skin, Human, Arrow
Najgorsze:
Ocena: Star_full.svgStar_full.svgStar_full.svgStar_full.svg11px-Star_empty.svg11px-Star_empty.svg

Reklamy

29 uwag do wpisu “RECENZJA: Rag’n’Bone – Human

  1. Czasami artysta jest tak genialny, że nawet fakt, że każda piosenka brzmi jednakowo jest do przełknięcia. Ja tak miałam z Claudio Capeo. Wszystkie piosenki z jego płyty brzmią jak jedna, bardzo długa, a mimo to tam jest tyle piękna, że emocji, że nie sposób nie pokochać. 😀
    A co do tego muzyka, to lubię singiel „Human”. Za płytę nie mam siły się zabrać, bo kawałków jest za dużo…

    Polubienie

  2. Teraz „Human” puszczają po kilka lub kilkanaście razy dziennie w radio, więc już trochę zdążyło mi się osłuchać, ale przesłucham resztę, może też odkryję jakieś kawałki, które przypadną mi do gustu 🙂

    Polubienie

  3. Czasami potrzeba czasu i wielu przesłuchań, by zacząć rozróżniać utwory na danym albumie, docenić go, a nawet pokochać 🙂 Sama spotkałam kilka takich albumów 🙂
    Ale muszę przyznać, że gościa nie kojarzę.

    Dzięki za komentarz 🙂 Bardzo się cieszę, że lubisz czytać, co naskrobię. Może w końcu ruszę w tym tygodniu tyłek by napisać relację z koncertu, który odbył się prawie tydzień temu ;D
    U mnie problemy z pisaniem bloga raczej wynikają z tego, że jednak w końcu zaczęłam się skupiać na trochę istotniejszych dla mnie rzeczach, co mnie bardzo cieszy. Ale wiadomo, doba jest krótka, więc spełnianie moich priorytetów musi mi wychodzić kosztem czegoś innego, np. pisania bloga. Jednak wolę w tę stronę niż w drugą 🙂
    Bardzo lubię Eddiego, szczególnie polubiłam go za rolę w „Dziewczynie z portretu”, widziałaś? Dlatego potem, jak dowiedziałam się, że to on zagra w „Fantastycznych zwierzętach…” ucieszyłam się. Ma coś w sobie 🙂
    „Co ty wiesz o swoim dziadku” mnie nie zachwyciło. Było kilka zabawnych scen, potrafiłam dostrzec kilka fajnych, motywujących i dających do myślenia treści, ale niestety często mnie żenowały niektóre sceny. Już z takich komedii zdecydowanie lepsze wrażenie zrobiło na mnie np. „Randka na weselu” (swoją drogą również z Efronem i Plazą), a już przede wszystkim „Złe mamuśki” 🙂
    „Obecności” nie widziałam, bo nie przepadam za horrorami. Właściwie nie lubię się bać, aczkolwiek jest kilka horrorów, które uwielbiam 🙂 W kinie do tej pory widziałam tylko „Lekarstwo na życie”, aczkolwiek po seansie muszę stwierdzić, że to wcale nie jest horror i nie wiem, dlaczego dystrybutor czy ktoś tak go zaszufladkował. Właściwie nie wiem, do jakiego gatunku przydzielić ten film, ale polecam 😉 Jak zepnę tyłek i napiszę post o tym co widziałam w ostatnich tygodniach, na pewno o nim wspomnę.
    „Zwierzogród” był super, fajnie, że dostał Oskara. Chociaż z bajek z tamtego roku milej wspominam „Gdzie jest Dory”… może ze względu na sentyment (no i to fajna bajka, chociaż z filmu wycięli moją ulubioną scenę, która była pokazywana w zwiastunie).
    „Eddiego…” uwielbiam, z resztą film + zaraz po nim przeczytana książka Hannawalda rozbudziła na nowo moją miłość do skoków narciarskich, która była uśpiona przez ok. 10 lat i ile wspaniałych emocji już dzięki temu przeżyłam w tym sezonie 😉
    W poście wspominałam o „Niesamowita Marguerite”, chociaż nie opiera się tak na biografii Jenkins, jak „Boska Florence”, a jedynie inspiruje się pewnymi elementami, mnie zdecydowanie bardziej się podobał, no i główna bohaterka: cudowna. Szkoda, że Marguerite nie jest taka znana, ale wiadomo: 1) nie zagrała w nim Meryl Streep, 2) to francuski film, a nie amerykański, jednak warto obejrzeć.
    Masz rację, „Bridget Jones” rozczarowała, było wiele zabawnych scen (moje ulubione to te z Edem Sheeranem, chociaż starsza widownia raczej nie rozumiała tego żartu, mojej mamie musiałam tłumaczyć, kim jest Ed, żeby załapała, z czego się śmieję, ale potem rozpoznała jego piosenki :D), ale całość trochę mi się dłużyła. No i Renee… Jak ona strasznie wygląda 😦
    Mnie „Alicja…” przypadła do gustu, ale że pierwszą widziałam lata wcześniej, trudno mi porównać oba filmy. Jednakże łezka mi się w oku zakręciła, jak usłyszałam Alana Rickmana, szkoda, że było go tak mało 😦 Co do „Łowcy…” nie widziałam 🙂
    Ojej, ale się rozpisałam o.O

    Polubienie

  4. Kiedy ten album miał premierę, akurat trafiłem do Media Markt, gdzie puścili krążek… niby wszystko okej, ale mam wrażenie, że piosenki były do siebie podobne dość i to sprawia, że człowiek się wyłącza i słucha jednym uchem… ale chyba powinienem lepiej przesłuchać ten album.

    Powraca lista przebojów, kiedyś this-is-the-chart, teraz To Jest Lista! Zapraszam na zapowiedź http://tojestlista.blogspot.com/

    Polubienie

  5. Również zrecenzowałem ten album 🙂 Rzeczywiście album jest spójny.. Myślę, że to zaleta, choć ja później itak słucham swoich ulubionych typów i to dla mnie nie gra roli…Jakoś średnio mam ochotę słuchać jego głosu… Muszę mieć nastrój. Więcej w mojej recenzji.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s