Rebeliantowe Podsumowanie 2017

Kiedy przychodzi co do czego zawsze zastanawiam się jak do diabła kolejny rok minął tak szybko?! Przecież dopiero co był styczeń a ledwo co odwróciłam głowę! Taaak… 2017 spędziłam w biegu. Niestety brak czasu i masa obowiązków sprawiły, że nie miałam możliwości przesłuchać wielu wydanych płyt w tym roku i ogólnie mało orientowałam się w nowościach muzycznych. Były nawet lekkie przerwy na blogu spowodowane tym, że nie miałam weny twórczej a nawet chęci do pisania. No cóż… żyje się dalej i robi swoje w miarę możliwości. Szczerze to ledwo co pamiętam tego, co słuchałam, ale postaram się przybliżyć jakoś to w poście. Ostrzegam – może być chaotycznie.

No to zaczynamy!

 

W tym roku częściej w moich słuchawkach grały „te starsze” wydawnictwa czy piosenki. Największą słabość miałam do debiutanckiej płyty t.A.T.u200 Po Vstrechnoy. Przeleciała też Rihanna i jej A Girl Like Me. Nie za brakło EP’ki James’a Arthur’aAll The World’s A Stage, którą wprost uwielbiam. Mogę ją słuchać bez końca. Jego ostatnia płyta w porównaniu z tym to bagno. Była też P!nk z I’m Not Dead, The Pussycat Dolls PCD i oczywiście John Newman i Tribute. Czyli, jakby to określić… Płytka mojego życia 😀

Zacznę od rozczarowań. Największym było wydawnictwo P!nkBeautiful Trauma. Bardzo lubię wokalistkę i czekałam na ten album z niecierpliwością. Niestety za pierwszym razem wyłączyłam go po 3 utworach. Za kolejnym podejściem ledwo dotarłam do końca. A pierwszy singiel What About Us to jakaś kompletna porażka. Nie popisała się też Shakira ze swoim El Dorado. Jestem zwolenniczką latynoskich rytmów, ale ta płyta ani trochę mnie nie porwała. Natomiast One More Light od Linkin Park to jakaś kompletna pomyłka. Mdłe, puste, bez wyrazu. Zamiast grać nu-metal to postanowili skręcić w pop, który moim zdaniem kompletnie do nich nie pasuje. Owszem, bardzo lubię ten gatunek muzyki, ale w tym wypadku coś nie wyszło. Gdzie ta zadziorność? Gdzie ta moc? Nie ma. Zgasły.

W tym roku, z tych nowszych płyt do kategorii ulubione trafiły między innymi Meaning Of Life od Kelly Clarkson. Nie widzę sensu, by kolejny raz pisać o niej moją opinię, więc zapraszam na przeczytanie recenzji TUTAJ. Drugi w kolejce jest Miguel i War & Leisure. Może nie hipnotyzuje jak poprzednik, ale ma w sobie to coś. Przyjemna dawka psychodelicznego R&B. Tego było mi trzeba! I oczywiście nie mogło zabraknąć imiennego debiutu Harry’ego Styles’a. Szczerze powiedziawszy to sięgnęłam po niego z czystej ciekawości, ale nie żałuję. Rewelacja.

 

Jeśli chodzi o single, plastiki, to bardzo „krzywo patrzę” na propozycję od Adam’a LambertaTwo Fux. Adam, serio? Śpiewasz aktualnie w Queen a serwujesz takie gówno? Właśnie najboleśniejsze rozczarowania czuje się, gdy słucha się swoich ulubionych artystów. A Amerykanin znajduje się na takiej mojej liście. I niestety boję się jego kolejnego albumu. O ile wyda go w następnym roku. Demi Lovato wypuściła natomiast plastik roku. Mowa oczywiście o Sorry Not Sorry. Dobrze, że reszta płyty lepiej jej wyszła niż ten imprezowy, sztuczny numer. Kiedy puściłam sobie What About Us, P!nk czułam się jak w jakimś tanim klubie. Protestacyjny numer poraził mnie użytymi tu syntezatorami. Poza tym w niektórych momentach głos piosenkarki jest zbyt wysoki, przez co jest denerwujący. Od samego początku irytowało mnie też Swish Swish od Katy Perry. Piosenka jest odpowiedzią na Bad Blood, Taylor Swift. Głupszego numeru dawno już nie słyszałam. I nie ratuje go nawet Nicki Minaj.

Single, które stały się moimi fav? Z tego co pamiętam, to na początku roku intensywnie słuchałam Shape Of YouEdd’a Sheeran’a. Jedni go wprost nienawidzą a drudzy lubią. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy. Chociaż mógł naprawdę męczyć tych, co słuchali radia, bo w końcu rozgłośnie radiowe puszczały go na okrągło. A tutaj w Wielkiej Brytanii to był kompletny szał na ten kawałek. Spodobał mi się też lekki singiel od Rity OryYour Song. Piosenkarka balansuje pomiędzy życiem celebrytki a nagrywaniem muzyki. A jej fani już długo czekają na ten album. I nie mam pojęcia czy się doczekają. Ja na razie zostaję przy tej piosence z przyjemnością. Powrót Sam’a Smith’aToo Good At Goodbyes także zdobył moją przychylność. Nostalgiczny i smutny. I oczywiście w stylu soul. Był idealny na jesienne wieczory. Na liście znalazł się też Chained To The Rhythm. Jedyny utwór, który naprawdę mi się podoba z ostatniej płyty Katy Perry. Najbardziej w nim lubię część Skip’a Marley’a. Ale piosenkarka też dała radę. Oj… nieźle mi się wkręcił.

Może i śmieszne, ale na punkcie Champion od Fall Out Boy kompletnie oszalałam. Uwielbiam ten numer pod każdym względem! Szkoda, że zespół przeniósł datę wydania swojego kolejnego krążka. Hmm… może jednak wybiorę się na ich koncert? Następny w kolejce jest Look What You Made Me Do. Taylor Swift odpowiada w nim swoim nieprzyjaciołom w świetnym stylu. Nie ukrywa jaka jest. Bo i po co? Ja jako wredna dziewczynka bardzo ją rozumiem. Choć nie przepadam za Laną Del Rey to jednak jej kolaboracja z The Weeknd przypadła mi do gustu. Spokojny i romantyczny Lust For Life zdecydowanie ma w sobie „ten urok”. Można przy nim poddać się marzeniom. Zaskoczyła mnie też Kesha. Piosenkarka postawiła na country w dosyć kolorowej scenerii. A ja nijak nie potrafię przekonać się do tego gatunku. Mimo wszystko spodobała mi się piosenka Woman.

 

Rihanna w tym roku nie wydała płyty, bo i po co skoro w tamtym było ANTI. Piosenkarka bardziej skupiła się na aktorstwie, modzie i branży kosmetycznej. Jednak w muzyce też była obecna. Latem to właśnie z nią najczęściej słuchałam feat’uringów. Wild Thoughts, od DJ’a Khaled’a nieźle bujał dzięki rytmom latino połączonym z hip hop’em. A piosenkarka swoim występem przyćmiła wszystkich. LOYALTY., od Kendrick’a Lamar’a jest natomiast gangsta jak na rapera przystało. Ryha w każdym z tych kawałków oczywiście jak najbardziej wypadła świetnie.

 

One Direction się rozpadło i każdy z członków poszedł w swoją stronę. W tym roku swoje debiutanckie albumy przedstawili Niall Horan – Flicker i Harry Styles Harry Styles. Ten drugi bardziej namieszał swoją muzyką przedstawiając bardziej rockowe oblicze. Wyszło, lepiej niż nieźle. Najbardziej od Harry’ego lubię dwa single: soft rockową ballada Sign Of The Times oraz buntownicze i ostre Kiwi. Wprost uzależnia. Co do Niall’a – bardzo przyjemne jest Slow Hands. Natomiast On The Loose brzmi jak podstarzałe disco w świetnym wydaniu. Nie mam zamiaru porównywać płyt panów, bo to dwie kompletnie różne bajki. Jednak przyznaję, odwalili dobrą robotę.

 

Czekałam, czekałam… I się doczekałam. Mikky Ekko zapuścił brodę i powrócił z dwoma singlami zapowiadającymi jego drugi album, który wyjdzie na początku przyszłego roku, FAME. Pierwszy z nich, Blood On The Surface jest utrzymany w lekkim, nowoczesnym, popowym rytmie z nutką elektroniki. Natomiast drugi jest kompletnie inny. Light The Way to kompletnie coś innego od swego poprzednika. Gitary w tle. Bardziej rockowo. W którym kierunku piosenkarz pójdzie? Nie mam pojęcia, ale czekam na jego wydawnictwo.

 

I to by było na tyle. Tym postem żegnam się z Wami w 2017 roku. Dziękuję, że tu wciąż wchodzicie i czytacie moje wpisy. Życzę Wam, by w następnym spełniło się wszystko, co byście chcieli. No i natchnienia twórczego na dalsze pisanie na blogach :D.

See Ya in 2018!

Reklamy

16 uwag do wpisu “Rebeliantowe Podsumowanie 2017

  1. „Two Fux” nie jest wcale takie złe. :/ Muszę też przyznać, że bardzo podoba mi się „Swish Swish”, to jeden z niewielu powodów, dla którego warto wrócić do „Witness”. Z ciekawości chcę przesłuchać „One More Light”, chociaż nie trafiłam jeszcze na pozytywną recenzję…
    Pozdrawiam. 🙂

    Polubienie

  2. Podobnie jak Ty, uwielbiam tegoroczne krążki Miguela i Harrego. Z singli, które wymieniłaś najbardziej lubię Shape Of You i Your Song. Co do Niall’a, bardzo mnie zaskoczył. Może nie jest to album równorzędny do Styles’a, ale daje radę. On The Loose, swego czasu non stop katowałam.

    Polubienie

  3. Spodobało mi się określenie „single-plastiki”. 😀 Harry i u mnie będzie wysoko, bo jego płyta jest po prostu świetna. Album Demi też bardzo lubię, a i Kelly Clarkson mile mnie zaskoczyła.
    Zapraszam na nowy wpis.
    Pozdrawiam. 🙂

    Polubienie

  4. Fakt, płyta Linkin Park była nijaka, ciężko się z tym pogodzić tym bardziej, że to ostatnia nagrana z Chesterem 😦 Katy Perry jakoś mnie nie urzekła, ale Ed Sheeran już tak 🙂 i chyba jestem jedyna, której „SIgn of the times” Harrego Styles działa na nerwy.

    Polubienie

  5. 1.W końcu ktoś zauważył że „What about us” nie jest tak dobre, jak niemal wszyscy mówią. 2. Dla mnie „One More Light” na początku też było zaskoczeniem, lecz jeśli wsłucha się w tę płytę, to dostrzeże się melodyjność charakterystyczną dla LP. Oczywiście są to bardzo lekkie brzmienia, ale po oswojeniu się ze zmianą stylu można je odebrać jako niezłe.

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie. Też podsumowywałem rok 2017.
    https://dzwiekiwneki.blogspot.com

    Polubienie

  6. Ja w 2017 też nie byłam na bieżąco z nowościami, ale zakochałam się w albumie Keshy, bardzo lubię płytę Pink, Eda Sheerana i Davida Garretta 🙂 a tak to też często słuchałam soundtracku do „La La Land” jako że dopiero na początku 2017 widziałam ten film 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s